Egzaminy za tydzień, ja niewiele umiem, ale mam to w nosie, bo zaraz po tych męczarniach jadę do Lwowa :) A to coś, co tygryski lubią najbardziej. A poza tym już 7 godzin spędziłam za kierownicą i nie jest tak źle, jak mogłoby być po 8 latach przerwy w nauce jeżdżenia samochodem. Auto całe, instruktor też, ja podobnie.
Jutro się dowiem, co z kursem grafiki i DTP, ale obawiam się, że musiałabym czekać jeszcze długo, a to się robi nudne. Poza tym jest szansa na robotę w kolejnym biurze (oby nie tak mrocznym jak poprzednie)...
A dzisiaj zwiałam z zajęć, bo jednak konwersatorium z pedagogiki chyba nie jest po to, żeby dowiadywać się, że niedźwiedź ma ubogą mimikę, a największe szanse przetrwania katastrofy nuklearnej mają owady... No błagam. To mnie w tych studiach wkurza bardziej niż "koleżanki", szczególnie te pracujące w szkołach i przedszkolach. Czy człowiek po kilku(nastu) latach w przedszkolu musi zdziecinnieć? Chociaż to chyba złe określenie, bo przedszkolaki są jednak bardziej wporzo.
Chyba wychodzi na to, że jestem dosyć aspołeczna. Ale coś w tym jest ;)
9 maja 2010
19 kwietnia 2010
sesja na raty
Miałam mieć egzamin. Miałam się uczyć. Ale odwołali zajęcia, egzamin mam za miesiąc. I zamiast zacząć już dziś męczyć się fonetyką i fonologią, buszuję w sieci. Znalazłam niezły blog o dziwnych/ciekawych/irytujących przygodach w pracy bibliotekarza. Tak, tak, oni też mają przygody! Blog dodałam do swoich ulubionych, więc nie będę tu już linkować. Polecam, jeśli akurat się nudzicie w pracy ;)
Ja się ostatnio w ogóle nie nudziłam, bo tzw. życie przygotowało dla mnie kilka niespodzianek. Za the best of the week uważam niespodziankę z wrocławskim PUP-em w roli głównej. Otóż byłam umówiona na spotkanie z doradcą zawodowym, na konkretny dzień i godzinę. Więc poszłam. Byłam na miejscu nawet nieco przed czasem. I co z tego, skoro PUP się przeprowadził?! Nowe miejsce znalazłam nawet całkiem sprawnie (tylko kilka przystanków autobusem, potem kawałek z buta i już), szkoda, że zanim znalazłam właściwą osobę pokierowano mnie do dwóch miejsc zupełnie bez sensu. A tam wszędzie numerki, kolejki... No więc postałam najpierw na piętrze pierwszym, potem na drugim, żeby w końcu się dowiedzieć, że już od godziny powinnam być na czwartym. I jeszcze tekst pani doradczyni: - "O, pani Agatko, miała pani być o 8:30". Pisałam już, jak uwielbiam zdrobnienia, szczególnie, gdy z kimś rozmawiam pierwszy raz w życiu i do tego raczej nie na stopie koleżeńskiej? Gorsza dla mojego ucha mogła być tylko Agusia, no ale do tego się pani nie posunęła. na szczęście. Po wyjaśnieniu, że nikt nie pofatygował się, żeby mnie poinformować o zmianie miejsca spotkania (umówionego jeszcze w lutym!) pani doradczyni wspaniałomyślnie załatwiła mi pierwszy wolny termin u swojego kolegi - już za cztery tygodnie.
Warto dodać, że nie cały PUP się przeprowadził, więc musiałam jeszcze wrócić do starej siedziby podbić legitymację ubezpieczeniową. I chciałam zgłosić wyjazd za granicę. Ale okazało się, że nie mogę sobie w połowie kwietnia zgłosić, że w połowie maja wyjeżdżam. Muszę to zrobić dzień przed wyjazdem. Nie zapytałam pani z okienka, czy pozwoli mi to zgłosić w piątek, skoro wyjeżdżam w niedzielę...
Poza tym jako remedium na nudę stosuję wolontariat w pewnej wrocławskiej fundacji. Udzielam korepetycji z angielskiego i nawet dajemy radę z moją uczennicą ;)
Ja się ostatnio w ogóle nie nudziłam, bo tzw. życie przygotowało dla mnie kilka niespodzianek. Za the best of the week uważam niespodziankę z wrocławskim PUP-em w roli głównej. Otóż byłam umówiona na spotkanie z doradcą zawodowym, na konkretny dzień i godzinę. Więc poszłam. Byłam na miejscu nawet nieco przed czasem. I co z tego, skoro PUP się przeprowadził?! Nowe miejsce znalazłam nawet całkiem sprawnie (tylko kilka przystanków autobusem, potem kawałek z buta i już), szkoda, że zanim znalazłam właściwą osobę pokierowano mnie do dwóch miejsc zupełnie bez sensu. A tam wszędzie numerki, kolejki... No więc postałam najpierw na piętrze pierwszym, potem na drugim, żeby w końcu się dowiedzieć, że już od godziny powinnam być na czwartym. I jeszcze tekst pani doradczyni: - "O, pani Agatko, miała pani być o 8:30". Pisałam już, jak uwielbiam zdrobnienia, szczególnie, gdy z kimś rozmawiam pierwszy raz w życiu i do tego raczej nie na stopie koleżeńskiej? Gorsza dla mojego ucha mogła być tylko Agusia, no ale do tego się pani nie posunęła. na szczęście. Po wyjaśnieniu, że nikt nie pofatygował się, żeby mnie poinformować o zmianie miejsca spotkania (umówionego jeszcze w lutym!) pani doradczyni wspaniałomyślnie załatwiła mi pierwszy wolny termin u swojego kolegi - już za cztery tygodnie.
Warto dodać, że nie cały PUP się przeprowadził, więc musiałam jeszcze wrócić do starej siedziby podbić legitymację ubezpieczeniową. I chciałam zgłosić wyjazd za granicę. Ale okazało się, że nie mogę sobie w połowie kwietnia zgłosić, że w połowie maja wyjeżdżam. Muszę to zrobić dzień przed wyjazdem. Nie zapytałam pani z okienka, czy pozwoli mi to zgłosić w piątek, skoro wyjeżdżam w niedzielę...
Poza tym jako remedium na nudę stosuję wolontariat w pewnej wrocławskiej fundacji. Udzielam korepetycji z angielskiego i nawet dajemy radę z moją uczennicą ;)
9 kwietnia 2010
Aga vs. WORD 1:0
Kolejne starcie na placu manewrowym, termin jeszcze nieznany. Ja się cieszę, że tym razem idzie lepiej niż w liceum (nie żebym była mało inteligentna, ale wtedy teorię zdawałam trzy razy :D). Zdaje mi się, że po 10 sesjach na studiach mogę wciągnąć każdą ilość zestawów pytań w kilka dni, a przed studiami takiej umiejętności po prostu mi brakowało. Grunt, że teoria zdana. A, no i trafiło mi się moje ulubione pytanie z puli, a jest ich ok. 500 - "na miejscu wypadku znajdujesz urwany lub odcięty palec jednej z ofiar, co robisz?
A. owijam palec jałową gazą, wsadzam w suchy worek foliowy i obkładam lodem (btw, ciekawe, kto wozi lód w samochodzie?).
B. zamrażam.
C. zostawiam palec tam, gdzie leży.
Pytanie wyjątkowo mi się podoba ;), bo kolega kiedyś znalazł urwany palec na obozie w Wilczu. Właściciel palca był w takim szoku, że po prostu wsiadł do samochodu i odjechał. A kolega wsadził palec w worek i powiesił na drzewie. Raczej nie było sensu zawijać go w gazę, bo leżał w piachu i kurzu, a o lodzie na obozie raczej nie ma co marzyć... Ale palec się zgubił, w tajemniczych okolicznościach opuścił worek i zaczął żyć własnym życiem.
A. owijam palec jałową gazą, wsadzam w suchy worek foliowy i obkładam lodem (btw, ciekawe, kto wozi lód w samochodzie?).
B. zamrażam.
C. zostawiam palec tam, gdzie leży.
Pytanie wyjątkowo mi się podoba ;), bo kolega kiedyś znalazł urwany palec na obozie w Wilczu. Właściciel palca był w takim szoku, że po prostu wsiadł do samochodu i odjechał. A kolega wsadził palec w worek i powiesił na drzewie. Raczej nie było sensu zawijać go w gazę, bo leżał w piachu i kurzu, a o lodzie na obozie raczej nie ma co marzyć... Ale palec się zgubił, w tajemniczych okolicznościach opuścił worek i zaczął żyć własnym życiem.
4 kwietnia 2010
prawo jazdy - reaktywacja
Tym razem starczyło konsekwencji przynajmniej na zapisanie się na egzamin. Teoretyczny, póki co, bo jeszcze się nie umówiłam z żadnym instruktorem/instruktorką na jazdy. Póki co rozwiązuję sobie testy i problem mam z zawracaniem na skrzyżowaniu... Ale do piątku się nauczę i zdam! A potem drżyjcie wałbrzyscy użytkownicy dróg i parkingów, nadjeżdżam! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)