23 września 2009

wieje nudą

czyli bez większych zmian. Ale już zaczynam odliczać dni do końca (dokładnie 21), szczególnie, że pojawiła się całkiem interesująca propozycja stażu w redakcji najbardziej poczytnego dziennika w PL :D W "fakcie" na pewno jest ciekawiej niż tu, tylko co z tego wyjdzie? Na razie zostałam pouczona, żeby nie mówić naczelnemu, że skończyłam krytykę literacką, bo co za dużo to niezdrowo, wiadomo. Po co w takiej gazecie krytyczka literacka? Zajrzałam sobie dzisiaj na stronę tego pisma i pomyślałam, że nigdy mi specjalnie nie szło pisanie opowiadań fantastycznych, ale o ludziach-drzewach czy mewach porywających pieski mogłabym pisać. Byle by w redakcji posługiwano się językiem polskim, a nie polskopodobym...
Trochę boli mnie ząb i wykorzystuję ten fakt do usprawiedliwienia tego, że prawie wcale nie odzywam się do Sekretarek ;) i skupiam się na robocie. Tym razem mam nawet ciekawą porcję teczek do przejrzenia, ciekawych szczególnie językowo. Ja bym nie wpadła na tak zawiłą konstrukcję gramatyczną jak "TW nie pisze informacji osobiście, z powodu iż w szkole uczył się po niemiecku i posiada kłopoty w pisowni po polsku", znacznie bardziej wyrafinowane niż pospolicie występująca w aktach "dalsza kontynuacja współpracy", prawda? Zauważam, że funkcjonariusze SB uwielbiali takie tautologie. Ale i tak mistrzynią tygodnia została TW donosząca o "korpotażu" ulotek. Co lepsze kwiatki staram się notować, ale notatki lubią zaginąć, dlatego niektóre chyba będę zapisywać na blogu ;)

17 września 2009

czechofobia

Przed kilkoma minutami w radiu puścili jakiegoś ministra z Czech (pewnie o tarczy...) i było go słuchać w oryginale, zanim włączył się tłumacz czy tam czytający newsy. To sprowokowało Sekretarki do rozmowy o Czechach i języku czeskim. A to z kolei mnie zirytowało. Bo dla nich Czesi to Niemcy mówiący po słowiańsku, a czeski jest językiem "do niczego". Spytałam, w czym jest więc gorszy od polskiego. Odpowiedzi brak. Sekretarka Starsza myślała, że Kundera nazywa się Milos i już nie żyje. O Hrabalu nic. Nie znają czeskiej literatury czy filmu ani trochę (no, chyba, że mówimy o Kreciku), ale krytykują zawzięcie. Aż mi się czeskie geny obudziły. Jako czechofilka i niedoszła studentka bohemistyki mówię stanowczo - dost!

16 września 2009

niekasuj.pl

Taki link dostałam wczoraj od Zo. I chyba się przyłączę, tylko nie wiem, kto chce ze mną założyć fundusz na ewentualne mandaty. Jacyś chętni? Komunikacja miejska we wro jest okropna. Ledwo mieszczę się do autobusu rano, teraz już nie ma znaczenia, czy wstanę wcześniej i nie spóźnię się do roboty, ale będę stała w ścisku przez pół godziny, czy wstanę kwadrans później, pojadę większym autobusem w nieco mniejszym tłumie, ale będę w biurze 5-10 min po czasie. Niestety na rower dla mnie trochę za daleko - prawie 9 km w jedną stronę. Kontrolerów jeszcze nie widziałam na mojej trasie, więc chyba faktycznie nie ma sensu kasować biletów.
A poza tym wstawanie o 6:15 robi się coraz bardziej koszmarne, bo już nie jest jasno i słonecznie, kiedy dzwoni budzik. Jest ciemno. Mam wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej :( I zimno w pokoju. Jednak 45-centymetrowe ściany robią swoje.
A dzisiaj po drodze do pracy, jak już udało mi się usiąść, włączyłam radio w komórze, a tam prof. Miodek we własnej osobie :) zdaje się, że to jakiś cykl, więc rano chyba przerzucę się z mp3 ma radio roxy.
A w pracy bez zmian, Sekretarka Młodsza wróciła z urlopu i ciągle marudzi o swojej pracy mgr, którą pisała przez 2 tyg. Mam nadzieję, że ani razu nie napisała tam o "Księdze hendrykowskiej", bo właśnie tak o niej mówi, a to chyba podstawowe źródło w jej magisterce ;) Co za tupet - żeby tak przekręcać księgę zawierającą pierwsze polskie zdanie! :D

14 września 2009

zmiana jednak nie tak szybko

Pomęczę się tu jeszcze miesiąc i ani dnia dłużej. Stwierdziłam, że już wolę poszukać jakiejś pracy dorywczej, w końcu trudno zarobić mniej niż na stażu, nawet pracując na pół etatu - to po co się męczyć 8h dziennie, jak można 4 czy 5 za te same pieniądze? ;)
Dzisiaj się nawet nie nudzę, protokołuję przesłuchania. Od 10:00 było już dwóch emerytów, trzeci zaginął w akcji i chyba już nie dotrze. To całkiem dobrze, bo się nie wyspałam i mylą mi się literki na klawiaturze, szczególnie jak Szefowa patrzy, co piszę. A nie wyspałam się, bo postanowiłam się jednak nie spóźniać codziennie 5-10 min i wstałam na wcześniejszy autobus. A tam jakieś dantejskie sceny. Ledwo się zmieściłam. Chyba znów zacznę słać maile do MZK ;) Poprzednie chyba odniosły jakiś skutek (oprócz przeprosin na piśmie), bo późniejszy autobus już nie jest krótkim jelczem, teraz o 7:25 jeździ porządny przegubowiec. Szkoda tylko, że większość pasażerów woli "A" o 7:09, a wtedy autobus jest mniejszy... czyli pewnie chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze.
No i nie pójdę dzisiaj na jogę :( Niestety po przyjęciu podskórnie pyłków traw i żyta mam się 24 h nie męczyć i nie alkoholizować. Chyba pomęczę się psychicznie i wezmę się w końcu za recenzję "Białej gorączki";)

2 września 2009

bęc zmiana i jeździec apokalipsy

Oby w następnym biurze było lepiej, bo wychodzi na to, że zmieniam staż na etat. Praca pewnie wcale nie będzie lepsza, ale pieniądze już całkiem normalne i mam nadzieję, że ludzie też.
Dzisiaj się jeszcze ponudzę, bo właśnie wykiwał mnie jakiś lustrowany i nie przyszedł składać wyjaśnień, które miałam protokołować. Za to od poniedziałku rozrywki dostarcza mi lokalny władca komputerów. Pan Nonszalancki tak mi naprawiał komputer w poniedziałek, że do dzisiaj nie mogę się zwyczajnie zalogować, muszę włazić pod biurko, odłączać kabel sieciowy, zalogować się hasłem zastępczym i włączyć internet. Wtedy działa. Pan Nonszalancki przychodzi tu zawsze żyjąc gumę i popijając coś z kubka lub kartonu, siorbie i mówi "joł", po czym udaje, że wie, co robi. A na końcu jest gorzej niż było...
A chyba nie pisałam o moim "ulubionym" pracowniku ipeenu - Panu Armageddonie :D Pan Armageddon czasem tu wpada pogrzebać w bazie pesel i wtedy zarzuca paranoicznymi hasłami typu "zacznie się w sierpniu, zobaczycie", "różaniec do ręki i się módlcie, w sierpniu zacznie się apokalipsa", "i jak już się zacznie, to nie patrzcie przez okno, bo więcej ludzi zginie przez swoją ciekawość, niż od tego, co się stanie". Ale oczywiście nie wiadomo, co się stanie...
Drugą jego ulubioną opowieścią jest streszczanie książki pewnej pani, chyba z Kolumbii, którą poraził piorun i sprawił, że doznała objawienia. Widziała niebo, piekło i czyściec, dlatego nie wierzcie, że piekła nie ma. Pan Armageddon zwalcza też horoskopy, jogę, tai chi, bioenergoterapeutów itd. Mam wrażenie, że naczytał się Tekielego. A może nawet był na tym samym wykładzie Roberta, na który wybraliśmy się z S., kiedy jeszcze męczyłam swoją pracę mgr o "brulionie". My bawiliśmy się setnie, ale niektórzy się chyba przejęli. No cóż, ja uprawiam jogę, czytałam Harrego Pottera, używam leków homeopatycznych, słucham podejrzanej muzy, dla polewy czytam horoskopy (najgłupsze na wp, polecam na nudę w pracy) - krótko: piekło mnie nie ominie :D